Nasze pomidory i nasza filozofia
Addio pomidory? Niekoniecznie!
W Czarnym Bzie wszystko kręci się wokół tematów kulinarnych. Dziś będzie więc o pomidorach. Dziwicie się może: jak to, o czym tu mówić skoro pomidory właśnie się skończyły!? Otóż u nas sezon na te smaczne owoce jeszcze jakiś czas potrawa, bo jak co roku zrobiłyśmy małe pomidorowe zapasy. Jednym z przetworów, który od kilku sezonów cieszy się dużym powodzeniem u klientów jest esencjonalny przecier „Pomidorowe lato”, drugi wyrób to nowość – „Marynowane pomidor”* – produkt ten przygotowałyśmy na próbę, żeby sprawdzić czy będzie wam smakował. Jeżeli tak się stanie, w przyszłym roku zrobimy go znacznie więcej. I tu właśnie zaczyna się ta pomidorowa opowieść, bo z powstawaniem obu powyższych przetworów związane są pewne anegdotki:
W spółdzielczej kuchni rządzą teraz dziewczyny z Ukrainy. Obie gotują świetnie, jednak bardzo we wschodnim stylu, dlatego, gdy co jakiś czas rozpoczynam z nimi dyskusję o nowych kulinarnych pomysłach, przychodzą im do głowy – co jest w sumie oczywiste – ukraińskie czy kaukaskie inspiracje, a nie jakieś tam dania kuchni polskiej. Tak też się stało z pomysłami na pomidory.
Kiedy dwa lata temu, jak zwykle pod koniec sierpnia, ruszyłyśmy z przetworami i do kuchni trafiły pierwsze skrzynki wypełnione po brzegi jajowatymi limami, moje ukraińskie koleżanki spytały, co właściwie będziemy z tych pomidorów robić?
W planach spółdzielni był przede wszystkim przecier. Przecier pomidorowy to jeden z najpopularniejszych przetworów. Jeżeli ktoś w ogóle szykuje zimowe zapasy, na pewno przygotowuje też kilka słoików przecieru – przetwór ten nie jest trudny do zrobienia, a można go potem wykorzystać i do zup, i do sosów, i do wielu innych potraw. Krótko mówiąc – przeciera zna u nas każdy, nawet jeśli go nie robi. Okazało się jednak, że dziewczyny (jedna spod Charkowa, druga spod Kijowa) nigdy przecieru nie robiły. Keczup – proszę bardzo! Gruzińska adżika – oczywiście! Ale przecier? Po co komu przecier skoro jest w sklepach koncentrat pomidorowy? Musiałam więc wyjaśnić, że koncentrat to jednak coś innego, a przecier to przecier, że bez niego nie ugotuje się np. dobrej zupy pomidorowej. I tu dziewczyny po raz kolejny zrobiły wielkie oczy, bo jak się okazało, nikt w Ukrainie zupy pomidorowej nie gotuje! Lekko zszokowana machnęłam wtedy ręką i przełożyłam omawianie receptury na jedną z ulubionych polskich zup na później, bo skrzynki z 200 kilogramami podłużnych lim dojrzewały i czekały szybkie na przerobienie. Podałam więc dziewczynom prosty przepis na przecier „nie wiadomo do czego” i produkcja ruszyła. Przecier wyszedł i wciąż wychodzi fantastyczny, choć wydaje mi się, że dziewczyny do końca nie czują, jakie kulinarne złoto gotują…
W tym roku sytuacja się nieco odwróciła. Kiedy podczas kolejnej burzy mózgów, prześcigałyśmy się w pomysłach na pomidory do spiżarni i dziewczęta po raz kolejny zaproponowały marynowane pomidory, spytałam – po co komu takie pomidory? Do zupy czy gulaszu tego nie dodacie, bo są z octem. Sos z tego też nie powstanie? Koleżanki popatrzyły na mnie z niedowierzaniem i zaczęły przekonywać – Ań, no co ty, to jest bardzo smaczne. Znakomita przekąska do wędliny albo do sera. Do kanapek albo do sałatek. A już najlepiej podać je jako dodatek do obiadu, świetnie pasują np. do ziemniaków z duszonym mięsem. Spróbuj koniecznie!
No i mnie namówiły, i po raz pierwszy zrobiłyśmy dla was marynowane pomidory w delikatnej zalewie octowej z dodatkiem kopru i czosnku.
Takie historie są w kuchni Czarnego Bzu na porządku dziennym. I tak właśnie powolutku, ale systematycznie odbywa się w naszej spółdzielni kulinarna reintegracja kucharek z Ukrainy, a może raczej integracja, bo gotujemy w niej z powodzeniem i po polsku, i po ukraińsku. Ciekawe tylko czy w tym tygielku upichcimy kiedyś zupełnie nową potrawę, w której mieszać się będą smaki znad Liwca, Wisły, Dniepru i rzeki Charkow.
* Oba pomidorowe produkty znajdziecie już w sklepie Karmnik – sklep z lokalnym, naturalnym jedzeniem , do którego w pierwszej kolejności trafiają nasze wyroby.