Kulinarna wymiana kultur i białoruska zupa solianka
Dziś będzie głównie o naszym nowym produkcie – zupie soliance, ale też o tym, jak pracując razem w spółdzielni, ciągle uczymy się od siebie i zdobywamy nowe kulinarne doświadczenia. Zacznę od solianki.
Ta aromatyczna, gęsta zupa, która pochodzi z kuchni rosyjskiej, ale popularna jest również na Białorusi i w innych krajach Europy Wschodniej doskonale znana jest też ukraińskim dziewczynom z Kuchni znad Liwca. bo na Ukrainie zupa ta też cieszy się dużą popularnością i często gości na stołach – szczególnie zimą.
To danie łączy w sobie nuty kwaśne, słone i pikantne. Dawniej była to potrawa codzienna, przygotowywana głównie z resztek mięsa lub ryb, ale z czasem zyskała bardziej wykwintny charakter. A, że jest to potrawa naprawdę ekskluzywna, niech świadczą charakterystyczne dla niej dodatki – oliwki, kapary i plasterki cytryny, które nadają zupie ten niezwykły smak.
Dziś solianka uchodzi za zupę wyjątkową, często podawaną na uroczystościach lub w restauracjach, dlatego dziewczyny ze spółdzielni wpadły na pomysł, żeby ją gotować dla warszawiaków. Olga i Svieta uznały, że to im musi posmakować!
Na szczęcie dla naszych klientów, w Węgrowie można bez problemu ugotować soliankę, bo wszystkie potrzebne produkty – kiszone ogórki, oliwki, cytryna, koncentrat pomidorowy i różne rodzaje mięsa – są powszechnie dostępne. Tak więc solianka – rozgrzewająca i sycąca zupa – znalazła się w repertuarze Czarnego Bzu, możecie ją już kupować w Warszawie, np. w sklepach Karmnik lub karmnik.org czy wewsi.pl.
I tu wracam do nauki i do naszej wymiany doświadczeń kulinarnych. Przez te kilka lat wspólnej pracy dziewczyny nauczyły się wielu polskich przepisów. Gotują doskonałą tradycyjną zupę pomidorową i zupę ogórkową. Ba! Nawet potrafią zrobić wariacje na ich temat, czyli zupę pomidorowy krem „Gęstą pomidorówkę” – nasz sztandarowy produkt – oraz wegetariańską „Ogórkową z soczewicą”. Są mistrzyniami wegańskiego żuru, choć kiedy weszły do spółdzielczej kuchni, nie znały przepisu nawet na klasyczny żurek, robią wieprzowe bitki, gotowane pulpeciki z indyka z koperkiem, warzywny bulion, postną zupę grzybową i czysty barszcz (tego także nie znały!!??).
Ja z kolei nauczyłam się od nich gotowania prawdziwego barszczu ukraińskiego (a nie potrawy, która była tylko moim wymyślnym wyobrażeniem o tej zupie), poznałam też świetny przepis na zielony barszcz – czyli na zupę szczawiową w ukraińskim wydaniu (też możecie jej spróbować, bo jest na półkach Karmnika). Nie wspomnę już o wybitnych oładach czy naleśnikach na kefirze Sviety lub o pielmieniach, warenikach i pirożkach Oli, których niestety nie da się zapakować do słoików.
Sądzę, że z tej nauki jeszcze powstanie coś bardziej niezwykłego, niż kolejne dania Kuchni znad Liwca w słoikach (które na pewno powstaną). Może to będzie jakaś wspólna historia i książka kucharska albo przynajmniej e-book?